:: Herba-Thea
Herba Thea herbatyzm i aromaterapia Założona w 2004 roku. Pierwsza w Polsce z samymi naturalnymi herbatami i zapachami.


prasa, tv, radio, internet O nas w mediach



Gazeta Prawna Magazyn, 08.10.2011 Herbaciana dama dzieli się swoją pasją

Własny lokal otworzyła z dnia na dzień. Teraz sprzedaje prawo do korzystania z marki Herba Thea i swoje doświadczenie.

Za żadne skarby nie wypije herbaty parzonej w torebce, zresztą na wszelki wypadek na mieście herbaty nie zamawia w ogóle. Szansa, że trafi na prawdziwie naturalną, wysokiej jakości i bez syntetycznych aromatów jest znikoma. Wie o tym dobrze, odkąd sama prowadzi herbaciany interes.

Pierwsze zabawy w testowanie smaków herbaty Katarzyna Kochańska pamięta jeszcze z czasów liceum. Temat nie był w jej domu zupełnie obcy, bo mama Katarzyny zajmowała się tą dziedziną zawodowo – w fabryce słodyczy komponowała smaki i zapachy cukierków. Przynosiła do domu na przykład jasnozielone cukierki i testowała na dzieciach nowe smaki: jabłkowy czy agrestowy? Potem Katarzyna już sama bawiła się w rozróżnianie smaków serów, oliwek i kawy. – A gdy doszło do herbaty, weszłam w to po uszy – wspomina.

Poziom trudności był w tym przypadku równie wysoki, jak w rozróżnianiu smaków syntetycznych, peerelowskich cukierków. Ówczesna herbata, najczęściej podłej jakości, komponowana z najniższych liści herbacianych krzaków charakteryzowała się mocnym, wytrawnym smakiem bez żadnego wyrafinowania i drobnych subtelności. Na dodatek szybko traciła zapach i smak, bo zazwyczaj wcześniej zalegała długo na giełdach herbacianych. W tej sytuacji wyczuć odpowiedni gatunek, kraj pochodzenia, metodę fermentacji – to był prawdziwy wyczyn. Zbierała więc poszczególne gatunki, testowała, porównywała i kolekcjonowała tak, by nie uleciał zapach, w porcelanowych słojach z ogumowanym wieczkiem niczym weki.

Ale nie miał być to sposób na życie, raczej rodzaj hobby, zabawy. 17-letnia Katarzyna zaczyna pisać artykuły o modzie i urodzie do gazet, najpierw lokalnych, potem ogólnopolskich. Studiuje polonistykę, równolegle studium ekonomiczne (rodzice, w tym ojciec, muzyk i poeta, uważali, że sztuka nie jest dobrym pomysłem na życie) i trzyletnie studium wokalne. Zarabia na życie dziennikarstwem, aż do chwili, gdy przechodząc osiem lat temu koło pustego lokalu na warszawskim Mokotowie trafia na informację, że w parterowym pawilonie likwidują właśnie sklep mięsny.

To był impuls, bez żadnych wielomiesięcznych przygotowań, podchodów, biznesplanów i wstępnych rozmów. Zadzwoniła do osiedlowej administracji z pytaniem o możliwość wynajmu i zdecydowała natychmiast – w pawilonie po mięsnym, na pięćdziesięciu metrach otwiera herbaciarnię z prawdziwego zdarzenia: subtelne delikatne smaki, wyłącznie naturalne, bez chemicznych agresywnych dodatków pod nazwą Herba Thea. W remont i dostosowanie lokalu włożyła własne oszczędności („Jako dziennikarka pracowałam tak dużo, że nie miałam czasu wydawać pieniędzy” – dodaje), część mebli przyniosła z domu, część kupiła, dębowe stoliki i krzesła zamówiła u rzeźbiarza z Kaszub. Wszystko to stworzyło domowe wnętrza z artystycznym klimatem, bo na ścianach artyści wieszali swe kolejne obrazy w ramach cotygodniowych wystaw.

Artystyczna dusza zakłada firmę

– Wszyscy się śmiali z tego pomysłu albo przynajmniej byli bardzo sceptyczni. Polska nie Anglia, mówili, ale nie mieli racji – wspomina założycielka herbaciarni pierwsze reakcje rodziny i znajomych. Pierwsze dziewięć miesięcy była pod kreską, ale kolejne przynosiły już zyski. To pozwoliło na rozwój. Gdy wkrótce zbankrutował sąsiad, prowadzący hurtownię papierosów, przyjęła jego pięćdziesiąt metrów. Gdy padł sklep z częściami motoryzacyjnymi, wynajęła lokal i po tym sklepie. W efekcie w ciągu kilku lat herbaciarnia rozrosła się do 166 metrów kw., a o klientów dbało siedmiu pracowników.

Jej wyobrażenie o własnej herbaciarni nieco różniło się od tego, co przyniosła rzeczywistość. – Jako artystyczna dusza wyobrażałam sobie, że przechadzać się będę po salach w zwiewnych sukienkach, układając w wolnych chwilach kompozycje z filiżanek, a klienci będą się powoli schodzić, a potem w ciszy i spokoju popijać będą wyśmienitą herbatę, kontemplując otaczające ich obrazy – śmieje się Katarzyna. W lokalu albo świeciło pustkami i wtedy trzeba było przeglądać rachunki, sprawdzać towar itd., albo znienacka pojawiało się kilkudziesięciu klientów naraz i wszystkich trzeba było szybko i równocześnie obsłużyć. Na własnej skórze sprawdzała też obiegowe opinie na przykład o barowej pogodzie, która ponoć przysparzać powinna klientów. – Nic bardziej błędnego – prostuje Katarzyna. – Przy marnej aurze, gdy wiało i lało, zwykle mieliśmy pustki. Podobnie, gdy dochodziło do zmiany pogody. Zauważyliśmy, że ludzie potrzebują dwóch-trzech dni, by się oswoić z padającym śniegiem albo ociepleniem, by wychodzić do knajpek.

Trudny rynek bez żadnych reguł

Nie miała doświadczeń także w negocjacjach z importerami herbat, więc spore sumy na początku wyrzuciła w błoto. Szybko zrozumiała, że na tym rynku panuje spory bałagan, żadnych przejrzystych zasad, ceny herbaty czasem zależą od jej jakości, a czasem od zachłanności producenta lub pośrednika. W efekcie przy wyborze właściwej oferty musiała opierać się wyłącznie na własnej wiedzy i doświadczeniu. – Przez osiem lat nie spotkałam importera, który oferowałby tylko dobre herbaty i wszystkie w dobrej cenie – podsumowuje. Nauczyło ją to ostrożności, zwłaszcza gdy na początek kupiła wielką partię towaru, który okazał się – wbrew jej intencjom – syntetycznie aromatyzowany. – Część importerów nie ujawnia składu herbat, powołując się na tajemnicę receptury. A ja nie mogę kupować kota w worku, bo przecież odpowiadam za to, co sprzedaję i klientom muszę mówić prawdę. Choćby dlatego, że ktoś może być uczulony na jakiś składnik albo po prosto go nie lubić. Założyłam więc, że jeśli ktoś zasłania się tajemnicą receptury, to dlatego, że sprzedaje towar ze sztucznymi dodatkami albo gorszej jakości. I takich nie kupowałam – wyjaśnia.

Tak uczciwe podejście procentowało. Wielu klientów odpłacało za to prawdziwym przywiązaniem, wielu angażowało się w herbaciarniane życie, jakby był to ich własny biznes. Gdy poszerzała lokal o kolejne pomieszczenie i trzeba było wyburzać ścianę, do burzenia zapisywała się kolejka chętnych dłuższa niż sama ściana. Wierni klienci pomagali też w malowaniu ścian, uzupełnianiu tynków, dekorowaniu sal. A Katarzyna odwdzięczała się im, komponując jeszcze lepsze menu, które doszło do 80 herbacianych pozycji (obok tradycyjnych herbat, znalazły się tam m.in. drinki herbaciane, herbata z owocami, sokiem, alkoholem) i 30 pozycji z innego gatunku (kawa, ciastka, kanapki, alkohol, z czasem nawet obiady, bo okazało się, że klient nawet w herbaciarni chce zjeść coś wiekszego). Herba Thea święciła triumfy, co doceniły media - w rankingu TVN Warszawa na najlepszą herbaciarnię zajęła pierwsza lokatę.

Ponieważ klienci dopytywali o to, czy sami mogliby spróbować sił w podobnym biznesie, Kochańska wpadła na pomysł, by stworzyć nie tylko jedną herbaciarnię, ale całą sieć Herba Thea i w ramach franczyzy oferować zainteresowanym prawo do korzystania z marki, logo, a przede wszystkim jej doświadczenia. Napisała więc podręcznik franczyzowy ze szczegółami ważnymi przy takim biznesie (jakie gatunki herbat, jak je komponować i parzyć plus ogólne zasady prowadzenia herbaciarni, np. bezwzględny zakaz palenia papierosów, bo herbata - jako roślina szczególnie wrażliwa na zapachy - natychmiast wchłonęłaby zapach tytoniowego dymu). Wkrótce okazało się, że to trafiony pomysł – po ośmiu latach administracja osiedla wymówiła Kochańskiej lokal, by zajął go supermarket. To był szok, ale też początek nowego rozdziału w jej biznesowym życiu. Jeden z wiernych klientów postanowił skorzystać z franczyzy i otworzyć nową herbaciarnię.

Katarzyna uznała, że to jej na razie wystarczy (oprócz 30 tys. zł opłaty licencyjnej za prawo do korzystania z marki umowa gwarantuje jej 6 proc. miesięcznych obrotów). Zamiast prowadzić własny lokal, chce teraz propagować markę Herba Thei oraz idee picia naturalnej herbaty oraz aromaterapii. – Prowadząc lokal, trzeba być na bieżąco. Sprawdzać grafik pracowników, pilnować czystych naczyń, zapłaconych rachunków, ważności koncesji, odpowiedniej dekoracji. Gdybym miała wyjechać na kilka dni, serce by mi się kroiło z żalu i niepewności. Tego nie da się połączyć - jest przekonana.

Zainteresowanie franczyzą jest spore, ale na kolejne umowy wciąż czeka. – Wiele osób dzwoni i pyta, ale gdy trzeba szukać lokalu i wyłożyć pieniądze, rezygnują. Ci, którzy prowadzą już jakiś biznes, wracają do swojego interesu, a ci, którzy nie mają doświadczeń, boją się ryzyka. Świadomość, że może się zdarzyć miesiąc bez pewnej pensji, jest dla nich nie do przeskoczenia – opowiada, choć jej samej takie myślenie jest dalekie: - Mnie oszałamiają perspektywy. Poza tym nigdy nie doszłabym tak daleko, gdybym pracowała u kogoś.

Ze swej pasji uczyniła sposób na życie – jeździ po kraju, by na prelekcjach, warsztatach i pokazach opowiadać historię herbaty, komponować ją, uczyć różnicowania gatunków i pokazuje jak wykorzystać tę wiedzę (na przykład że napój z czarnych liści rozgrzewa, zielonych wychładza, z czerwonych jest obojętny). Wykłada dla klientów wielkich herbacianych marek, w ośrodkach spa, domach kultury, na ekologicznych warsztatach i uniwersytetach trzeciego wieku. Do niektórych spotkań dokłada, za inne bierze kilka tysięcy złotych. Przypuszcza, że jest w kraju jedyną specjalistką w tej dziedzinie – połączeniu herbatyzmu z aromaterapią (jeśli spotyka konkurencję, to w herbacianych koncernach, ale zwykle o wąskiej specjalizacji, ktoś na przykład jest fachowcem od herbaty chińskiej, ktoś inny – od japońskiej). Pracuje siedem dni w tygodniu, co jej zupełnie nie przeszkadza. – Bo ja kocham to, co robię – mówi.

© 2009-2018 Herba Thea design by MindBorn kontakt: info@herbathea.pl